Lot dokończony

W poniedziałek, 4 stycznia tego roku wybierałem się w podróż do Las Cruces w Nowym Meksyku – samolotem z Cleveland, przez Dallas do El Paso w Teksasie, a stamtąd około godzinę taksówką do ośrodka, gdzie zaplanowałem odprawić swoje doroczne rekolekcje. Nie, nie będę tu pisał o samych rekolekcjach, bo to nie zmieściłoby się w profilu „Forum”, nad którego zachowaniem wiernie czuwa Redaktor Naczelny… Chcę pisać o czymś innym, co ma zresztą bardzo ścisły związek z jego osobą.
W podróż wziąłem „Niedokończony lot” z osobistą dedykacją autora. Po zajęciu miejsca w samolocie zacząłem czytać i od razu zauważyłem zbieg okoliczności pomiędzy miejscem akcji i miejscem, gdzie znajdowałem się w tamtej chwili – samolot, początek lotu. Tylko cel był inny, bo nie Warszawa, a Dallas. Jak się później okazało, był to pierwszy zbieg okoliczności, inne miały przyjść później. Doleciałem do Dallas; na lotnisku czytałem dalej i dotarłem do miejsca, gdzie autor wspomina zamordowanie prezydenta Johna Kennedy’ego w 1963 r. – właśnie w Dallas. „Hmmm” – pomyślałem – ciekawe, to już drugi zbieg okoliczności. Piszę kursywą, ponieważ tak naprawdę nie wierzę w zbiegi okoliczności. Ale pisanie o moich poglądach na tak zwane zbiegi okoliczności znowu przekroczyłoby profil tego miesięcznika, więc nic więcej na ten temat.
Z opóźnieniem, ale szczęśliwie dotarłem do ośrodka rekolekcyjnego i na czas rekolekcji przerwałem moją lekturę. Podjąłem ją na nowo w drodze powrotnej. Wracałem trochę inną trasą, bo z El Paso, przez Dallas i Chicago. Bałem się, że z powodu śniegu samoloty będą odwołane, jak setki lotów dzień wcześniej. Moje obawy okazały się jednak zbyteczne i mogłem bez przeszkód śledzić dalszy ciąg lotu i dalsze wydarzenia z życia Stefana, głównego bohatera książki. Książkę skończyłem w samolocie z Dallas do Chicago. Przyznam się, że perypetie głównego bohatera, a zwłaszcza zakończenie książki wywołało we mnie mieszane uczucia, których dokładne opisanie zajęłoby więcej czasu i miejsca. Ci, którzy czytali książkę Stanisława Kwiatkowskiego wiedzą, co mam na myśli. Bohater umiera w samolocie tuż przed wylądowaniem w Warszawie. Być może Autor chciał wyrazić w ten sposób, że życie i śmierć ludzi na emigracji dzieje się tak naprawdę nie w Polsce i nie w Stanach czy w innym miejscu, ale gdzieś pomiędzy jednym a drugim krajem, w zawieszeniu – jakby w samolocie. Wiem coś na ten temat, bo mieszkam poza granicami Polski prawie 9 lat. Co mają powiedzieć ci, którzy na emigracji mieszkają 20, 30 lat lub dłużej?
Jednak w tamtym momencie nie myślałem o tym. Wtedy zadawałem sobie inne pytanie: Czy zdarzy się trzeci zbieg okoliczności? Nie zdarzył się. Przeżyłem, lot dokończyłem. Mam nadzieję, że nie tylko po to, aby o tym napisać.

Placyd Kon

Forum, 2/2010

Tags: