Posts Tagged ‘Forum’

Trędowata ma sto lat

Wednesday, February 24th, 2010

Kiedy wiosną 1909 roku w witrynie księgarni Gebethnera i Wolffa w Warszawie ukazała się książka debiutującej pisarki Heleny Miszkówny „Trędowata”, nic nie zapowiadało ogromnej popularności powieści, głównie wśród czytelniczek oraz stopniowo narastającej jadowitej oceny, aż do rozpętania otwartej wojny przeciw autorce przez krytyków.
Mniszkówna (1878 – 1943) urodziła się w majątku na Wołyniu. W domu otrzymała staranne wykształcenie, łącznie ze znajomością francuskiego. Trochę podróżowała, była niesłychanie spostrzegawcza i wrażliwa. Całymi dniami i nocami czytała książki. Znała wiele rodów arystokratycznych. Nic dziwnego, że treść swoich książek osadziła w środowiskach ludzi, których podpatrywała. Nikt nie mógł przewidzieć, że jej pierwsza powieść stanie się triumfującym bestsellerem dla czytającej rzeszy.
Poznajmy w zarysie bohaterów „Trędowatej”: oto ordynat Waldemar Michorowski, młodzieniec z ogromnym majątkiem i świetnym pochodzeniem. Posiada liczne walory rozumu, urody, prawości charakteru i cnót obywatelskich. Ukończył dwa uniwersytety, podróżował po świecie, zwiedzał muzea oraz polował w Indiach i Ameryce. Miał za sobą kilka pojedynków, uwodził kobiety, a one za nim szalały. Wszystkie odrzucił. Wybrał na towarzyszkę życia skromną dziewczynę z dworku, Stefanię Rudecką, przewyższającą zaletami utytułowane arystokratki. Stefcia była pełna wdzięku, uroku i prostoty. Znała formy towarzyskie  i miała, jak Miszkówna, dobrą domową edukację. Wiele elementów swojego charakteru i życia autorka przeniosła na bohaterkę powieści.
Waldemar poznał Stefanię Rudecką w pałacu ciotki, gdzie była zaangażowana jako guwernantka. Oboje mieli okazję do częstych spotkań we wspaniałej atmosferze wnętrz rezydencji magnackiej, ale i w cudownych ogrodach podczas spacerów i jazdy konnej. Prowadzili ze sobą błyskotliwe rozmowy, wzajemnie się kokietując. W takich okolicznościach rodzi się stopniowo narastające uczucie wielkiej miłości, opisanej w 2/3 objętości książki. Jednak piękną baśń autorka przemienia w melodramat. Na drodze połączenia się tych dwojga węzłem małżeńskim staje zgorszona mezaliansem rodzina ordynata. Najpierw atakują Waldemara, a gdy to nie skutkuje, przenoszą swój gniew na Stefanię. Na kilka dni przed planowanym ślubem Stefcia otrzymuje anonim, że w rodzinie Michorowskich zawsze będzie trędowatą.
Od tego momentu wkracza na kartki powieści tragedia. Stefcia zapada na zapalenie opon mózgowych z objawami śpiączki. Słabe oznaki życia sugerują śmierć, co również stwierdza odwiedzający ją Waldemar. Rodzice dziewczynyi, chcąc zerwać z nim kontakty, organizują fikcyjny pogrzeb. Zrozpaczony młodzieniec strzela sobie w głowę, ale w ostatniej chwili ktoś odtrąca mu rękę i strzał jest chybiony. Oboje bohaterowie żyją, nie wiedząc nic o sobie. Trwa to do czasu przypadkowego spotkania w klinice, którą ordynat wybudował i nazwał jej imieniem. Jednak to byli już zupełnie inni ludzie. Przeszli obok siebie bez większego wrażenia.
Oczywiście, powieść ma wiele wątków pobocznych. Nie chodzi tu o jej streszczenie, jedynie o zarys tragicznych dziejów miłości. Nikt w Polsce rozdartej rozbiorami nie zajmował się romansem. W literaturze dominowała tematyka patriotyczna i społeczna. Powstała więc pewna luka, którą idealnie wypełniła powieść Miszkównej. Pewnie dlatego od ukazania się „Trędowatej” w 1909 roku w ciągu dwudziestu ośmiu lat książka miała aż 16 wydań. Młode panienki chodziły z zaczerwienionymi oczyma z dwóch powodów: nocnego czytania i od łez wylanych nad dolą zaszczutej przez wysoką sferę Stefci.
Zabrzmi to może paradoksalnie, ale książka ta otworzyła wielu ludziom drzwi do prawdziwej literatury. Na tej powieści uczyło się czytać więcej osób, niż na elementarzu Falskiego. Właściciel popadającej w ruinę księgarni w Paryżu pokazał tomy „Trędowatej” na wystawie. Sprzedał wszystkie egzemplarze, które posiadał, a po tygodniu kupowano u niego „Lalkę” i „Emancypantki” Prusa. Podobnie było z rozbudzeniem czytelnictwa w Polsce.
Antoni Lange, poeta i krytyk literacki, nazwał Miszkównę spadkobierczynią sławy po Rodziewiczównie, inny krytyk z sympatią pisał o „Trędowatej” jako pasteli delikatnej i barwnej. Jarosław Iwaszkiewicz uważał natomiast, że czar takich pociągających bajek, zasadza się na ludowości, widział leżącą tu tajemnicę, którą warto zbadać, a nie lekceważyć.
Powieść doczekała się aż pięciu adaptacji filmowych, z tego dwóch w okresie przedwojennym. W roku 1926 odbyła się premiera wersji niemej, a w 1936 dźwiękowej. Obydwie w świetnej obsadzie aktorskiej. Po wojnie, 1 kwietnia 1965 roku, telewizja polska pokazała „Trędowatą”. Podobno w czasie emisji połowa Polski płakała, a druga połowa się śmiała. Jest również wersja kinowa z 1976 roku, oraz nowszy, 15 odcinkowy, serial telewizyjny wyprodukowany w roku 2000 z udziałem prawdziwych arystokratów aktorów: Beaty Tyszkiewicz i Wojciecha Dzieduszyckiego. Serial ten dostępny jest w wypożyczalni pani Eugenii Stolarczyk.
Wielokrotnie też książka ukazywała się w odcinkach w codziennej prasie, a tuż po wojnie, przepisywaną ręcznie, można było kupić na bazarach za wygórowaną cenę.
Zatem co wpłynęło na tak ostre atakowanie powieści przez krytyków. Piętnowano przede wszystkim nadmiernie wybujały sztuczny i przesadny język. Miszkówna, mając łatwość pisania, nie panowała nad słowami. Łączyła ze sobą wyrazy odległe bez ładu i składu, co oceniano jako grafomanię bez stylu. Może nas zdziwić fakt, że ojcem chrzestnym tego romansu był Bolesław Prus. Autorka czytała mu powieść z rękopisu i mistrz polecił oddać ją do druku, ale zaznaczył, że czeka ją cierniowa droga. Wojna z „Trędowatą” trwała od 1918 do 1939 roku i dotyczyła książki i autorki. Każda następna edycja powodowała wybuch emocji innych autorów, jakby spowodowanych uczuciem zazdrości.
Zgnębiona, ale niepokonana autorka napisała ciąg dalszy powieści, który ukazał się pod tytułem „Ordynat Michorowski”, nadto łącznie 20 innych książek, głównie z życia wyższych sfer.
Spójrzmy na fragment jej listu skierowanego do Kornela Makuszyńskiego na kilka lat przed śmiercią: „Zgasam Drogi Panie i odczuwam to bardzo boleśnie. (…) Jest jednak ten zysk ukryty, że nie będę już dłużej cierpliwą poduszką do igieł i szpilek. (…) Zjedli mnie literaci i krytycy tak, że obolała od pocisków i grzmotów (…) wycofałam się dobrowolnie z towarzystw literackich. Teraz oto odetchnę. Przecież kazali mi kury sadzić, zamiast pisać książki, z tym jednak byłby większy kłopot, bo bazgrać to ja jeszcze zdołam (skoro mam w sercu ten nieszczęsny mus bazgrania), ale z kurami ani rusz nie potrafię.”
Zarówno autorka, jak i jej książka, z biegiem lat odeszły w zapomnienie. Pozostała legenda popularności, która nigdy więcej nie powtórzyła się w naszej literaturze.

Elżbieta Ulanowska

Forum, 5/2009

Piękne polskie kobiety, Enigma i nadgryzione jabłko

Wednesday, February 24th, 2010

Artykuł ten poświęcam pamięci tych nielicznych, wspaniałych, polskich matematyków którzy pomogli tak wielu. Obiecuję, ze wyjaśnię związki pomiędzy osobami i rzeczami wymienionymi w tytule; będzie mowa i o kobietach, Enigmie, jak i o nadgryzionym jabłku stanowiącym  logo firmy Apple Computer, Inc.

1. Cud nad Wisłą

Parę lat temu Polska Agencja Prasowa SA doniosła wiadomość o sensacyjnym odkryciu. Okazuje się, że w czasie wojny polsko-sowieckiej roku 1920, polska armia, a wiec i nasz wielki Polak, marszałek Piłsudski znał każdy ruch wroga. Można śmiało powiedzieć, że nasza armia zwyciężyła, ponieważ polscy kryptolodzy złamali najtajniejsze szyfry Armii Czerwonej. To właśnie dr Grzegorz Nowik znalazł na to dowody w Centralnym Archiwum Wojskowym. Wcześniej, przez wiele lat leżały one w nierozpakowanych workach w tajnych archiwach MSW. Jak dr Nowik mówi: “Gdyby Lenin, Trocki i Stalin byli polskimi szpiegami, nie byliby w stanie przekazać tylu informacji”. Ponad 1000-stronnicowa książka autorstwa dra Nowika zatytułowana  „Zanim złamano Enigmę. Polski radiowywiad podczas wojny z bolszewicką Rosją 1918-1920” ukazała się nakładem wydawnictwa Rytm w roku 2005. Profesor Paweł Piotr Wieczorkiewicz, autorytet w sprawach polskiego wywiadu uznał tę książkę za jedną z największych sensacji dotyczących kryptopologii. Okazuje się bowiem, że juz od 1919 roku nasze dowództwo znało prawie wszystkie ruchy wojsk sowieckich.  Polscy kryptolodzy dokładnie informowali marszałka J. Piłsudskiego o liczebności jednostek, uzbrojeniu, kadrze i fatalnym morale panującym w armii bolszewików. Oto 16 sierpnia 1920 roku Polacy, ryzykownym manewrem, zatrzymują na przedmieściach Warszawy armię Tuchaczewskiego.  W każdej chwili Tuchaczewskiemu mogła przyjść z odsieczą  Armia Konna Siemiona Budionnego, ale marszałek Piłsudski wiedział, ze Budionny zignoruje rozkazy najwyższego dowództwa i nie ruszy z pomocą Tuchaczewskiemu.  W armii bolszewickiej  panował tyfus i głód, żołnierze nie mieli co jeść, ale musieli urządzać Tydzień Partyjny w rocznicę rewolucji. Tyle notatka PAP-u. Jak do tego doszło? Kto stoi za złamaniem szyfrów wroga?

Zacznijmy od tego, że 11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Jeszcze  w 1918 roku  Polska armia postanawia utworzyć Biuro Szyfrów. Szefem jego zostaje, jeszcze w 1918 roku, młody 27-letni inżynier i poliglota, Jan Kowalewski. Z odnalezionych dokumentów wynika, że prof.dr W.Sierpinski i prof.dr S.Mazurkiewicz pracowali w Biurze Szyfrów Oddziału II Sztabu Głównego już od marca 1920 roku (rodzina prof.Sierpinskiego posiada list od pułkownika Jana Kowalewskiego z marca 1920 który to potwierdza).  Kim byli ci profesorowie? Zarówno prof. Sierpinski, jak i prof. Mazurkiewicz byli, obok prof. Janiszewskiego twórcami silnego ośrodka matematycznego w Warszawie. Ośrodek ten specjalizował się w nowopowstających  działach matematyki, a mianowicie: Teorii Mnogości, Topologii i ich zastosowaniach.  Profesor Sierpinski był również światowej sławy specjalistą w Teorii Liczb. Ponad to był autorem wielu klasycznych dziś twierdzeń dotyczących  liczb porządkowych. W 1920 roku, po śmierci Janiszewskiego, objął wraz z Mazurkiewiczem, redakcję “Fundamenta Mathematicae”, nowopowstałego czasopisma naukowego o światowym poziomie. Napisał kilkaset publikacji, najsłynniejsze uczelnie udzielały mu doktoratów honorowych, ba, nie wiedząc o jego patriotycznej działalności z lat 20-tych XX wieku, komuniści z PRL przyznali mu swoje największe odznaczenia, jak: Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski, czy Sztandar Pracy I Klasy.

Byłem na skromnym grobie Profesora W. Sierpinskiego na cmentarzu, w Warszawie. Na grobie widnieje napis “badaczowi nieskończoności”. Może też powinien być i napis “Wielkiemu Polakowi” W sierpniu 2005, w wielu kościołach w Polsce odprawiane były Msze św. w intencji obu matematyków-kryptologów. Może i my w Cleveland, Ohio powinniśmy odprawić Msze św. Ku pamięci obu Bohaterów, tak jak odprawialiśmy Msze w intencji “Solidarności”?
W Polsce rozpowszechniana jest bardziej sarmacka, bardziej romantyczna wersja. Oto w sobotni wieczór, “urwał się” na spotkanie z dziewczyną, jeden z oficerów łączności. Zastąpił go kolega odużych inklinacjach matematycznych, który trochę nudząc się czytał zaszyfrowane rozkazy i wpadł na pomysł, że w wojskowych meldunkach sowieckich, najczęściej powtarzającym się wyrazem jest “dywizja”. No i tak, krok po kroku, odcyfrował kod. Niezbyt dobrze by to świadczyło o subordynacji naszego wojska, ale dobrze talencie, a na pewno wdzięczni bylibyśmy tej pannie, która zawróciła w głowie naszemu oficerowi.

2. Sekret Enigmy

Wielu z nas pamięta o innej, bardziej znanej historii, gdzie znów polscy matematycy odegrali dominującą rolę. To sekret “Enigmy”. Ale oto jak to sie zaczęło? Otóż w roku 1927, lub na początku 1928  nadeszła z Rzeszy Niemieckiej do Urzędu Celnego w Warszawie niewinna przesyłka mająca, według deklaracji zawierać sprzęt radiowy. Przedstawiciel niemieckiej firmy domagał się zwrotu tej przesyłki do Rzeszy jeszcze  przed odprawą celną. To wzbudziło  czujność polskich celników, którzy od razu zawiadomili Biuro Szyfrów Oddziału II Sztabu Głównego, instytucję interesującą się nowościami w dziedzinie sprzętu radiowego, a ponieważ była to sobota, więc pracownicy Biura mieli czas by tę skrzynkę dokładnie zbadać. Maszynę dokładnie zbadano i zamknięto. Tak, to była Enigma, maszyna do szyfrowania typu handlowego, opatentowana przez Arthura Scherbiusa. Jej wojskowy analog jeszcze nie istniał. Co jest ciekawe to to, ze taką maszynę (typ handlowy) można było, po prostu, kupić. Natomiast juz 15 lipca 1928 roku popłynęły w eter pierwsze depesze nadane przez wojskowe stacje nadawcze. Próbowano te szyfrogramy odczytać, niestety bezowocnie.   Mjr F. Pokorny, szef Biura Szyfrów nie dawał za wygraną  i na przełomie 1928/29 zorganizowano w Poznaniu kurs kryptologii dla studentów którzy władali dobrze językiem niemieckim i właśnie kończyli  studia matematyczne. Wśród słuchaczy byli tam, m.in.., Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski. Po zakończeniu kursu, stworzono, przejściowo w Poznaniu, ekspozyturę Biura Szyfrów, a z dniem 1 września 1932 roku przeniesiono Biuro do nieistniejącego obecnie gmachu Sztabu Głównego przy pl. Śląkim.

3. O bębenkach, płachtach i …kobietach

Jak to pisze M. Rejewski [Re]: …”Wojskowa Enigma miała wymiary i wygląd przenośnej maszyny do pisania, miała 26 klawiszy oznaczonych literami alfabetu łacińskiego, lecz zamiast czcionek miała deskę z umieszczonymi na niej 26 żarówkami oznaczonymi tymi samymi literami co  klawisze…” Zasilana była zwykłą bateryjka. Najistotniejszą częścią maszyny były, umieszczone na jednej osi,  bębenki szyfrujące. Zamontowany był też nieruchomy bębenek odwracający .  Każdy z bębenków był zaopatrzony w pierścień z wyrytymi 26 literami alfabetu. Z daleka wyglądało to trochę jak tryby w przerzutce w rowerze wyścigowym. Gdy wystukiwało się kolejne litery tekstu, wówczas litery zapalających się sukcesywnie żarówek tworzyły zaszyfrowany tekst, czyli szyfrogram, albo szyfr. Nie wchodząc w dalsze szczegóły konstrukcji Enigmy, dodajmy, ąe można było utworzyć 26! = 403291461126605635584000000 bębenków szyfrujących o różnych połączeniach oraz 26!/2 do potęgi 13 x 13!   różnych  bębenków odwracalnych czyli: 7905853580025. Tak więc fabryka produkująca te Enigmy mogła dostarczyć każdemu odbiorcy maszynę z unikalnymi, niepowtarzającymi się połączeniami. Natomiast wszystkie komplety bębenków wojskowej Enigmy miały te same połączenia bębenków, by szyfranci różnych jednostek mogli się miedzy sobą porozumieć. Było to możliwe pod warunkiem, że mieli ten sam klucz, druga, obok połączeń bębenków, tajemnica Enigmy.
Ocenia się, ze w czasie II wojny światowej w użyciu było między 100 a 200 tysięcy maszyn typu Enigma. Żeby wyjaśnić, choćby ogólnie, rolę połączeń bębenków wojskowej Enigmy, a tym samym wytłumaczyć co się działo wewnątrz maszyny, należy wprowadzić zastosować  uporządkowania (permutacje) tych zbiorów.

prof. dr Zbigniew Piotrowski
Ciąg dalszy w następnym numerze.

Forum, 5/2009

Nasz przyjaciel Fritz

Wednesday, February 24th, 2010

Właściwy tytuł L’amico Fritz, to utwór Pietro Mascagni, który Opera Circle prezentowała dwukrotnie 13 i 15 marca w Bohemian Hall. Mascagni, włoski kompozytor, urodził się w 1863 roku, zmarł w wieku 82 lat w Rzymie. Był synem piekarza, bardzo wcześnie, bo w wieku 13 lat zaczął pisać muzykę. Konserwatorium w Mediolanie opuścił dla występów, jako kapelmistrz w trupach artystycznych. W 1889 roku wziął udział w konkursie na jednoaktową operę i zdobył pierwsze miejsce wśród siedemdziesięciu uczestników, a była to „Rycerskość wieśniacza” (Cavalleria rusticana). Utwór ten stał się bardzo popularny i wystawiany jest niemal na wszystkich liczących się scenach świata. Kompozytor napisał jeszcze 12 innych oper, ale nie dorównywały one świetnością  „Rycerskości wieśniaczej”.
Dorota Sobieska sięgnęła po mniej znany utwór Mascagniego „L’amico Fritz” i nie zawiodła swojej publiczności. Znakomita Muzyka opery, stylistycznie jakby węgiersko cygańska z dominacją partii skrzypiec, zachwyciła widzów. Również arie, duety i śpiew chóralny bardzo się podobały. Treść libretta jest nieskomplikowana, przepojona atmosferą uroków życia wiejskiego. Dzięki zabiegom przyjaciół zatwardziały stary kawaler interesował się Suzel i wkrótce zakochał się w niej ku uciesze dziewczyny i otoczenia.
W roli Suzel z powodzeniem wystąpiła Dorota Sobieska, a w partii tytułowej David Sadlier.  Opera Circle specjalnie do tego przedstawienia zaangażowała dyrygenta z Bułgarii, światowej sławy 37 letniego Grigora Palikarova. Choć prowadził on wiele orkiestr w Europie i Azji nie miał dotąd okazji być w Stanach. Donald Rosenberg, krytyk muzyczny Plain Dealer, ciepło wypowiedział się o mistrzowskim talencie dyrygenta, jak również podkreślił ważność dorobku Opery Circle, której kolejna premiera wypełniła lukę programową w repertuarze teatrów muzycznych w Cleveland.

Elżbieta Ulanowska

Forum, 5/2009

Kolejna chlubna okazja do szampańskich toastów!

Wednesday, February 24th, 2010

W naszym Centrum już na dobre zadomowił się zaszczytny zwyczaj  honorowania Polaków, którzy  odnoszą imponujące osiągnięcia w różnych dziedzinach i  dodają tym blasku Polsce i Polonii.
Tak też było 24 kwietnia w piątek wieczorem, gdy duże grono Polaków, Amerykanów i nie tylko (byli także przedstawiciele zaprzyjaźnionej społeczności węgierskiej) zgromadziło się, aby świętować  sukces pani profesor Marii Siemionow. Bohaterki tego wieczoru zapewne nie trzeba nikomu przedstawiać, bo informacje o Jej dokonaniach w dziedzinie neurochirurgii w Cleveland Clinic były umieszczane na łamach Forum oraz w amerykańskich i europejskich czasopismach. Przypomnę tylko, że chodzi tu o pierwszą w USA operację przeszczepu twarzy.
17 marca w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie pani prof. Maria Siemionow została uroczyście odznaczona przez ambasadora Roberta Kupieckiego Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej.
Pani profesor podczas eleganckiego przyjęcia w Centrum była obsypana prawdziwym gradem serdecznych słów, gratulacji, braw i kwiatów. Sama niezwykle skromna, uśmiechnięta i jakby lekko zażenowana tym, że cała uwaga jest skupiona na Niej, nie skąpiła podziękowań i przypomniała wszystkim,  iż od dawna sercem jest związana z Centrum, że czuje ogromną wdzięczność za stworzenie siedziby, gdzie Polacy mogą się spotykać, dyskutować, dzielić się pomysłami, sukcesami i w ogóle – emigracyjnym życiem. Nie wątpiła, że honorowe miejsce, które tego wieczoru  zajmowała, nigdy nie będzie puste, bo  w kolejce na pewno już są następcy .
Takie spotkania to, oczywiście, świetna okazja do rozbudzenia narodowej dumy i do podkreślenia polonijnej jedności. W Centrum zawsze można znaleźć  inspirującą strawę dla ducha i ciała, a sukcesy Polaków są tu szczególnie oczekiwane i witane szampańskimi toastami.
Zgodnie z tym, jeszcze raz w imieniu całej Polonii gratulujemy Pani prof. Marii Siemionow i życzymy dalszych sukcesów i dużo szczęścia!

M. Oleksy

Forum, 5/2009

Dear fellow Polonian,

Wednesday, February 24th, 2010

It is once again time to renew your membership in the Polish American Cultural Center honoring John Paul II. For those who are not members of the Center, we hope you will join us in our mission to preserve and promote Polish traditions and culture in the Cleveland area.

We had a successful year in 2009 and we continue to be optimistic about our future. We had a number of events such as celebrations of Polish Constitution and Independence Days. Our biggest event of the year was the reception held to honor our living veterans of the Polish Armed Forces in World War II.. We hosted several receptions and a number of dinners including one for Kościuszko Foundation, Ohio Section. Our celebration of Wigilia and the showing of Jasełka by the children of the Polish school were a big hit with the public. We sponsored the appearance of Eleni and Ich Troje, the artistic groups from Poland. We also held First Polish Youth Talent Show. We continue to have Sunday lunches which have become very popular among Polanians as a Sunday get together. (more…)

200 rocznica urodzin Ukochania Fryderyka Chopina

Wednesday, February 24th, 2010

Ukochań Fryderyk Chopin miał wiele. Największym uczuciem darzył rodzinę i przyjaciół oraz kraj ojczysty – Polskę. Ponad wszystko pokochał jednak pracę kompozytorską, ale miał też kilka dam serca. Nie pisał dla nich muzyki, nie stanowiły one inspiracji twórczej, jedynie w sposób szczególny obdarowywał je swoimi fortepianowymi dziełami.
Jeszcze w Polsce, przed wyjazdem za granicę, w połowie 1830 roku , Fryderyk Chopin spotkał urodziwą uczennicę klasy śpiewu w Szkole Głównej Muzyki w Warszawie, Konstancję Gładkowską. Wywarła ona duże wrażenie na Chopinie, a nawet podarował jej romantyczne, nastrojowe Largetto z 2. koncertu fortepianowego fmoll. To przelotne uczucie minęło tym łatwiej, gdyż Chopin udał się za granicę, a sympatii brakowało talentu.
Będąc we Francji Fryderyk nawiązał liczne kontakty ze światem pianistów i literatów, także podbił serca ówczesnej arystokracji i zamożnego mieszczaństwa. Spotykał się z wybitnymi przedstawicielami polskiej emigracji, z Wojciechem Grzymała, Stefanem Witwickim (poetą, autorem pieśni do muzyki Chopina), Juliuszem Słowackim, Cyprianem Kamilem Norwidem i Adamem Mickiewiczem. Zapraszany był do najelegantszych salonów francuskich i polskich, gdzie dawał koncerty. Miał również rój uczennic, które wprowadza w tajniki pianistyki.
W 1833 roku kompozytor odbywa liczne podróże, jest dobrze sytuowany, stać go na wiele. W Dreźnie i Karlsbadzie spotyka się ze swoimi rodzicami i tam poznaje rodzinę Wodzińskich. Jest z nimi syn Antoni, przyjaciel Fryderyka z lat szkolnych i córka Marynia, prześliczna i mądra panna, której czarowi ulega Chopin. Młodzi rozstają się, ale pisują listy do siebie. W trzy lata później następuje ponowne spotkanie z Wodzińskimi, tym razem w Genewie. Wtedy Fryderyk po rozmowie z matką Maryni łudzi się nadzieją małżeństwa. Przyrzeka pani Wodzińskiej dbać o siebie, gdyż wychudzona jego postać nie wróży dobrego losu córce.
Tymczasem młodzi są naprawdę szczęśliwi. Pamiątką tego raju jest album ofiarowany Maryni, a w nim szereg utworów najzwiewniejszych i najbardziej poetyckich, czyli pieśni, etiudy i walce. Jednak sprawa małżeństwa szybko się gmatwa i do wymarzonego finału nie dochodzi. Złożyło się na to wiele przyczyn, których trudno dociec. Być może zdecydował stan zdrowia Fryderyka lub ambicje dynastyczne dumnego pana Wodzińskiego. Po śmierci Chopina w jego papierach znaleziono plik listów Maryni Wodzińskiej wraz z zasuszoną różą, którą mu niegdyś ofiarowała. Na wierzchu zawiązanej wstążeczką paczki widniał napis prosty, ale wymowny: “Moja bieda”.
Trudno zająć wyważone stanowisko wobec kontaktu Chopina z Delfiną Potocką. Wielu biografów ledwie o niej wspomina, inni opisują wybuch egzaltowanej i namiętnej miłości, jaka połączyła na blisko cztery lata tę parę tkliwymi więzami, tym bardziej silnymi, gdyż Delfina odznaczała się wyszukaną urodą, wielkim talentem muzycznym i uwielbieniem dla artystów.
Kim była ta wytworna dama?.. Delfina z Komarów hrabina Potocka pochodziła z Podola. Otrzymała staranne wychowanie zgodne z tradycją wielkich rodów polskich. Miała znakomite maniery, liczne uzdolnienia, nadto znała kilka europejskich języków. Jeszcze w Polsce młodziutką panną zainteresował się Mieczysław Potocki, syn Szczęsnego Potockiego, tego od Konfederacji Targowickiej. W 1825 roku Delfina obsypana brylantami stanęła na ślubnym kobiercu. Mąż okazał się notorycznym hulaką, gburem i rozpustnikiem. Po kilku latach doszło do separacji i Delfina wraz z matką udały się do Paryża, gdzie prowadziły wykwintne życie. Jej rezydencja stała otworem dla najwyższej klasy artystów. Bywali u niej kompozytorzy Franciszek Liszt  i Vincenzo Bellini oraz malarz Eugene Delacroix, nadto przedstawiciele polskiej emigracji. Do nich dołączył Fryderyk Chopin.
Częste spotkania w atmosferze uwielbienia sztuki sprzyjały nawiązaniu bliskich kontaktów. Doszło nawet do wspólnego wyjazdu Delfiny, Fryderyka i Belliniego na kilkutygodniowy urlop spędzony pod Paryżem. Dowodem serdecznej przyjaźni Fryderyka z Delfiną może być dedykacja napisana na partyturze koncertu f–moll, wyrażona słowami: “Ta muzyka rzuci Cię w moje objęcia”. Romans trwał do wyjazdu Potockiej do Włoch i związania się z Zygmuntem Krasińskim.
Chopinowi zostały jedynie kontakty listowne. Wokół tej korespondencji, niekiedy bardzo intymnej, rozgorzały boje i ostre dyskusje. Po opublikowaniu w Polsce pierwszych dwóch listów w 1960 roku natychmiast poddano je badaniom przez ekspertów. Sprawa po dziś dzień nie jest do końca wyjaśniona. Ostatecznie, słusznie czy nie, osądzono je jako apokryfy, czyli teksty zgodne z rzeczywistością, ale napisane nie wiadomo kiedy i przez kogo.
Po rozstaniu z Delfiną Chopin nieustannie komponuje, koncertuje i prowadzi życie na najwyższym poziomie. Bywa u książąt Czartoryskich i innych w ekskluzywnych pałacach. Ma również własny salon. Wśród socjety Paryża pojawia się nowa admiratorka Fryderyka. Jest nią madame George Sand, pisarka francuska, osoba ekscentryczna, paląca cygara i ubierająca się, jak mężczyzna. Gdy Chopin zobaczył ją po raz pierwszy wypowiedział zdanie: “Czy ona w ogóle jest kobietą?”
Sand była sześć lat starsza od Chopina, miała za sobą nieudane małżeństwo, dwoje dzieci i kilka burzliwych romansów. Atak doświadczonej kobiety na kompozytora dał oczekiwane rezultaty. Już po kilku miesiącach znajomości oboje, dla poprawy zdrowia wyjeżdżają na Majorkę. Wspólne wakacje wraz z dwojgiem dzieci Sand zapowiadały się uroczo. Jednak po kilku dniach radość prysła. Ulewne deszcze i spadek temperatury spowodował chorobę całej czwórki, ale najbardziej cierpiał Chopin. Kasłał dniami i nocami, do tego dołączyły się krwotoki. Z obawy właściciela pensjonatu przed zaraźliwą chorobą musieli się przenieść do zimnego klasztoru i czekać na możliwość powrotu do Francji. Dodatkowym utrudnieniem było przetransportowanie fortepianu, który kompozytor wcześniej zamówił u zaprzyjaźnionego sławnego producenta, Camille’a Pleyel’a. Jednak mimo słabego zdrowia i złych warunków Chopin intensywnie komponuje. Właśnie na Majorce powstały 24 preludia, a wśród nich to najpiękniejsze, Deszczowe oraz kilka mazurków. Urlop przedłużył się do pięciu miesięcy, po czym wszyscy wrócili do majątku Sand w Nohant.
Teraz to wiejskie zacisze rozbrzmiewało muzyką i pogodnymi zabawami. Przybywali tu paryscy przyjaciele i wieczorami bawiono się wystawianiem pantomim i tańczono zwykle przy muzyce Chopina. Tak pewnie powstał dla zabawy Walc as–dur, jedno z najbardziej pogodnych dzieł w twórczości kompozytora. Chopin w tej wiejskiej posiadłości odzyskał siły, jakby troska pani Sand odbudowała jego nadwątlone zdrowie. Nohant stało się pracownią. Tu powstało najwięcej i najlepszych utworów Chopina. Nie wiemy, czy pani Sand zdawała sobie sprawę, jak wielkiego człowieka gości pod swoim dachem.
Polski czytelnik nigdy by się nie dowiedział o francuskiej pisarce, gdyby nie fakt, że weszła w życie naszego genialnego kompozytora. Nawet przy najsurowszych ocenach charakteru, intelektu oraz uzdolnień literackich musimy oddać jej należyty szacunek. W ciągu dziewięciu lat dom w Nohant zapewnił samotnemu Chopinowi rodzinne warunki. Po upływie tego czasu nastąpiło rozstanie oczekiwane chyba przez obydwie strony. Jednak Chopin dotkliwie przeżył powrót na stałe do Paryża, a Sand nie zapomniała o nim i w listach do wspólnych przyjaciół zapytywała o jego zdrowie.
Dzięki odnalezieniu nadziemskiej krainy piękna, jaką stało się dla niego tworzenie muzyk, Fryderyk Chopin potrafił przezwyciężać problemy zdrowotne i wszystkie inne niedogodności życia.
W 1848 roku, na zaproszenie byłej uczennicy Jane Stirling, kompozytor udał się do Anglii. Jednak ani klimat, ani nowe warunki życia nie odpowiadały artyście. Wrócił do Paryża, czuł się zdecydowanie źle. Prosił siostrę Ludwikę o przyjazd z Warszawy. W dniu 17 października 1849 roku Chopin umiera na obcej ziemi, ale wśród swoich najbliższych osób: siostry, siostrzenicy, z Nicei przybyła Delfina Potocka, która w najbardziej krytycznych dniach życia Chopina na jego prośbę grała na fortepianie i śpiewała swoim pięknym głosem ulubione arie z oper Belliniego.
W opracowaniu zabrakło ukochanych kobiet z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, czyli lat spędzonych w Warszawie z matką i trzema siostrami, z którymi Fryderyk był bardzo związany. Na pewno atmosfera domu rodzinnego pełnego miłości wywarła ogromny wpływ na ukształtowanie postawy patriotycznej i artystycznej WIELKIEGO FRYDERYKA CHOPINA.

Elżbieta Ulanowska

Forum, 2/2010

Lot dokończony

Wednesday, February 24th, 2010

W poniedziałek, 4 stycznia tego roku wybierałem się w podróż do Las Cruces w Nowym Meksyku – samolotem z Cleveland, przez Dallas do El Paso w Teksasie, a stamtąd około godzinę taksówką do ośrodka, gdzie zaplanowałem odprawić swoje doroczne rekolekcje. Nie, nie będę tu pisał o samych rekolekcjach, bo to nie zmieściłoby się w profilu „Forum”, nad którego zachowaniem wiernie czuwa Redaktor Naczelny… Chcę pisać o czymś innym, co ma zresztą bardzo ścisły związek z jego osobą.
W podróż wziąłem „Niedokończony lot” z osobistą dedykacją autora. Po zajęciu miejsca w samolocie zacząłem czytać i od razu zauważyłem zbieg okoliczności pomiędzy miejscem akcji i miejscem, gdzie znajdowałem się w tamtej chwili – samolot, początek lotu. Tylko cel był inny, bo nie Warszawa, a Dallas. Jak się później okazało, był to pierwszy zbieg okoliczności, inne miały przyjść później. Doleciałem do Dallas; na lotnisku czytałem dalej i dotarłem do miejsca, gdzie autor wspomina zamordowanie prezydenta Johna Kennedy’ego w 1963 r. – właśnie w Dallas. „Hmmm” – pomyślałem – ciekawe, to już drugi zbieg okoliczności. Piszę kursywą, ponieważ tak naprawdę nie wierzę w zbiegi okoliczności. Ale pisanie o moich poglądach na tak zwane zbiegi okoliczności znowu przekroczyłoby profil tego miesięcznika, więc nic więcej na ten temat.
Z opóźnieniem, ale szczęśliwie dotarłem do ośrodka rekolekcyjnego i na czas rekolekcji przerwałem moją lekturę. Podjąłem ją na nowo w drodze powrotnej. Wracałem trochę inną trasą, bo z El Paso, przez Dallas i Chicago. Bałem się, że z powodu śniegu samoloty będą odwołane, jak setki lotów dzień wcześniej. Moje obawy okazały się jednak zbyteczne i mogłem bez przeszkód śledzić dalszy ciąg lotu i dalsze wydarzenia z życia Stefana, głównego bohatera książki. Książkę skończyłem w samolocie z Dallas do Chicago. Przyznam się, że perypetie głównego bohatera, a zwłaszcza zakończenie książki wywołało we mnie mieszane uczucia, których dokładne opisanie zajęłoby więcej czasu i miejsca. Ci, którzy czytali książkę Stanisława Kwiatkowskiego wiedzą, co mam na myśli. Bohater umiera w samolocie tuż przed wylądowaniem w Warszawie. Być może Autor chciał wyrazić w ten sposób, że życie i śmierć ludzi na emigracji dzieje się tak naprawdę nie w Polsce i nie w Stanach czy w innym miejscu, ale gdzieś pomiędzy jednym a drugim krajem, w zawieszeniu – jakby w samolocie. Wiem coś na ten temat, bo mieszkam poza granicami Polski prawie 9 lat. Co mają powiedzieć ci, którzy na emigracji mieszkają 20, 30 lat lub dłużej?
Jednak w tamtym momencie nie myślałem o tym. Wtedy zadawałem sobie inne pytanie: Czy zdarzy się trzeci zbieg okoliczności? Nie zdarzył się. Przeżyłem, lot dokończyłem. Mam nadzieję, że nie tylko po to, aby o tym napisać.

Placyd Kon

Forum, 2/2010

Seventy Years Ago…

Wednesday, February 24th, 2010

February 10, 1940 – the second most important date, after the Soviet invasion of September 17, 1939, to engrave itself in the memories of the residents of the eastern kresy (borderlands) of the Second Republic. The first mass deportation of Poles to Siberian camps, officially known as „resettlement”, began at dawn on February 10th, seventy years ago. More than 220,000 people were taken – state officials (including judges, prosecutors, and policemen), self-government activists, foresters, landowners, and those in the military with families. The deported were taken to the northern regions of the Soviet Union, near Archangelsk, Irkutsk, Krasnoyarsk, and Komi. An estimated one and a half to two million Poles were taken to this „inhuman land” by the Soviets during  four deporations, lasting until June 1941. (more…)

Żyjemy coraz dłużej

Wednesday, February 24th, 2010

Dzieje się to dzięki sztuce lekarskiej, która rozwijała się w ciągu tysiącleci. Przed wiekami ludzkość była bezradna wobec większości chorób, a zwłaszcza epidemii. Dżuma w XIV wieku spowodowała śmierć trzeciej części mieszkańców Europy, a hiszpanka z 1918 roku pochłonęła około 50 milionów istnień ludzkich, więcej niż I wojna światowa. Dopiero wiek XX przyniósł prawdziwą zmianę w walce z chorobami. Należy tu wymienić dwa wielkie odkrycia: penicylinę i kortykosterydy. Aleksander Fleming zauważył, że płytka z pożywką pokryta bakteriami, zapomniana, leżąca kilka tygodni, zarosła pleśnią, która wyparła bakterie. Był to sygnał do dokładnego zbadania zjawiska. Tak powstały wyizolowane z pleśni w 1940 roku antybiotyki.
Z  kortykosterydami (hormony kory nadnerczy) było nieco inaczej. Z czasem stwierdzono, że u kobiet w ciąży oraz chorych na żółtaczkę częściowo ustępują objawy zapalenia stawów. Zastanawiano się, jaki to czynnik rośnie w organizmie kobiety, który prowadzi do osłabienia choroby reumatycznej, a nieraz również astmy. Po upływie kilku lat zidentyfikowano tę substancję i oczyszczono. Hormony nadnerczy do dziś leczą chorych z zapaleniem płuc, stawów, mięśni oraz znoszą objawy duszności u ludzi z astmą. Ale dorosłych gnębią również choroby serca i krążenia. Od lat sześćdziesiątych udało się znacznie je opanować, blisko od pół wieku śmiertelność spowodowana nimi zmalała o 62%. Ten fenomenalny stan wiąże się z redukcją czynników ryzyka, takich jak nadciśnienie i wysoki poziom cholesterolu, oraz większe przestrzeganie higienicznego tryby życia, ludzi świadomych szkodliwości papierosów i alkoholu. Z drugiej strony radykalna poprawa szybkiej pomocy w wyspecjalizowanych oddziałach intensywnej terapii, nadto operacje na otwartym sercu, bypassy, jak również inne zabiegi stosowane przez kardiologów.
W ostatnich dziesięciu latach średnia życia w krajach rozwiniętych wzrasta około pięciu godzin dziennie. Każdy z nas budzi się rano do 29–godzinnego dnia, z tego 24 godziny zużywa teraz, a pozostałe odkłada na później.
Dziś szukamy nowych środków i metod leczenia, a uwaga świata medycznego kieruje się na komórki macierzyste. To one dają początek tkankom: mięśni, wątroby, kości i mózgu. Nadzieja związana z komórkami macierzystymi sugeruje, że po ich wstrzyknięciu wiele trapiących nas chorób uda się wyleczyć, a nawet pokonać procesy starzenia się organizmu. Gdy poda się te specjalne, ale odpowiednio zaprogramowane komórki do uszkodzonych narządów lub części ciała, ma nastąpić oczekiwana poprawa kondycji, na przykład zwyrodniałej wątroby, zmienionych chorobowo naczyń serca i nóg. Te i podobne problemy zdrowotne może będą leczone przy zastosowaniu kuracji regeneracyjnej. Taką nazwę otrzymała ta nowa gałąź medycyny.
Obecnie szuka się intensywnie źródeł komórek macierzystych. Są one rozproszone po całym organizmie, ale nieliczne. Dość dużo znajduje się ich w szpiku kostnym. Wykryto je również w wodach płodowych i łożysku, otaczających płód w łonie matki oraz w pępowinie noworodków. Komórki macierzyste to nie są komórki rozrodcze, jajowe i plemniki, nie pochodzą też z embrionów. Opisane tu przełomowe odkrycie nie stanowi problemu dla specjalistów od etyki.
Ośrodki naukowe Stanów Zjednoczonych i Japonii konkurują w badaniach w zakresie  medycyny regeneracyjnej. Japończycy zorganizowali już bank komórek macierzystych, a w Kalifornii, na rozległym terenie obok San Diego powstaje Consortium for Regenerative Medicine. Sprowadza się tam z całego świata najzdolniejszych naukowców, daje stypendium i oczekuje wyników. Jednak droga do terapii regeneracyjnej ma wiele trudności i niebezpieczeństw. W owych cudownych komórkach tkwi potężny potencjał rakotwórczy. Muszą więc być bardziej poznane. Wiele pokażą pierwsze próby kliniczne rozpoczęte już w 2008 roku. Czekają na nie chorzy z porażeniami w wyniku przerwania rdzenia kręgowego, czy z miażdżycą naczyń kończyn dolnych, którym grozi amputacja nóg. W Polsce w ubiegłym roku zastosowano tę metodę u dziesięciu pacjentów. Każdemu wstrzyknięto komórki macierzyste do nóg. U sześciu osiągnięto radykalną poprawę, a u czterech pacjentów pogorszenie stanu wyjściowego.
Niedaleka przyszłość pokaże, jak szybko i skutecznie rozwinie się ta najnowsza dziedzina wiedzy, która może również opóźnić lub odwrócić procesy starzenia się tkanek, czyli marzenie Fausta o powrocie do lat młodości może być realne bez udziału diabelskiej mocy Mefista.

Dr Elżbieta Ulanowska

Tekst powstał na podstawie wykładów prof. dr Andrzeja Szczeklika wygłoszonych w Polskiej Akademii Umiejętności i Uniwersytecie Wrocławskim w 2008 roku.

Forum, 6/2009

Największe odkrycia naukowe roku 2008

Wednesday, February 24th, 2010

Co roku ”Science” tworzy listę 10 najważniejszych osiągnięć naukowych o przełomowym znaczeniu. A Coontz, który zarówno redaguje naukowe artykuły, jak i potrafi mówić o nauce w sposób zrozumiały dla laika, jest naszym przewodnikiem. Gdy zespół dziennikarzy “Science” wybierał największe osiągnięcia roku – mówi Coontz, – szukaliśmy badań, które odpowiadają na najważniejsze pytania dotyczące działania Wszechświata i torują drogę przyszłym odkryciom. Oto jak objaśnia wybrane przez ”Science” główne odkrycia roku 2008.

1. Przeprogramowanie komórek
Naukowcy pobrali komórki od chorych i przekształcili je w komórki macierzyste. Komórki macierzyste można skłonić, by przybrały nową tożsamość, co pomaga badaczom zrozumieć, w jaki sposób powstają choroby i powinno okazać się użyteczne w ich leczeniu.
Jeśli uda się przeprogramowywać komórki w sposób bardziej kontrolowany, skuteczny i bezpieczny, pewnego dnia pacjentów można będzie leczyć zdrowymi wersjami ich własnych komórek.
Wszyscy się zgadzają, że przed nami długa droga – mówi Coontz. – Trzeba zrozumieć jak działają te komórki, w jaki sposób się rozwijają, a następnie wykorzystać uzyskane informacje do leczenia choroby.

2. Egzoplanety
Astronomowie obserwowali planety, które okrążają gwiazdy. Było to możliwe dzięki lepszym technikom optycznym, lepszym teleskopom i technologicznym udoskonaleniom.
Od ponad 10 lat wiedzieliśmy, że istnieją planety okrążające inne gwiazdy, ale dotąd ich nie widzieliśmy – mówi Coontz. – To gwiazdy dość bliskie Ziemi – oddalone o jakiś tuzin lat świetlnych – chodzi też o raczej duże planety.
Gdy już astronomom udało się zobaczyć te planety, mogą zacząć je lepiej rozumieć – mówi Coontz. – Z czasem będziemy mogli widzieć coraz to mniejsze i mniejsze planety. Oczywiście każdy chciałby zobaczyć planetę podobną do Ziemi, mniej więcej tej samej wielkości, a także spojrzeć na wysyłane przez nią światło, na podstawie którego można by wnioskować, jaki jest skład jej atmosfery.

3. Geny raka
Badacze dokonali postępu jeśli chodzi o rozpoznawanie w komórkach błędów, które sprawiają, że przekształcają się w guzy nowotworowe, zwłaszcza jeśli chodzi o raka trzustki i glejaka (rodzaj guza mózgu).
Każdy rodzaj guza zaczyna się od normalnej komórki, w której dochodzi do powstania pewnego rodzaju błędów w programowaniu, co prowadzi do rozwoju nowotworu – mówi Coontz. – Oczywiście każdy chce wyleczenia raka. Jeśli uda się znaleźć jego przyczynę, jest nadzieja, że można będzie to naprawić.

4. Nadprzewodniki
Nadprzewodnik to materiał, który przewodzi elektryczność bez oporu. W normalnych warunkach gdy przesyłamy prąd elektryczny poprzez miedziany drut, część energii jest tracona jako ciepło. To dlatego linie transmisyjne nie mogą rozprowadzać energii po całym świecie – duża jej część jest tracona podczas przesyłania.
W przypadku nadprzewodnika tak się nie dzieje – mówi Coontz. – Cała elektryczność przepływa przez niego i wychodzi na drugim końcu. Badacze próbowali znaleźć różne materiały, które są w stanie tego dokonać.
W tym roku odkryto zupełnie nową rodzinę materiałów. Może to ostatecznie doprowadzić do bardziej wydajnego przesyłania prądu elektrycznego.

5. Białka
Jesteśmy zbudowani przede wszystkim z białek. Większość związków chemicznych, które robią te wszystkie interesujące rzeczy, dzięki którym możliwe jest życie, to białka – one sprawiają, że nerwy reagują, mięśnie się kurczą, a żywność jest trawiona. Większość twoich hormonów to białka. Badania nad nimi budzą bardzo duże zainteresowanie. Jednak aż do tego roku nie było możliwe obserwowanie ich w akcji. Naukowcom udało się obserwować białka podczas ich reakcji i uwidocznić swego rodzaju taniec, związany z ich działaniem. Jak mówi Coontz, jeśli uda nam się lepiej zrozumieć białka, będziemy w stanie lepiej rozumieć życie.

Ciąg dalszy w następnym numerze.

Forum, 6/2009